BUDOWA CHLEWNI, DROGA KRĘTA, WYBOISTA i MOŻLIWA, ALE TRUDNA

BUDOWA CHLEWNI, DROGA KRĘTA, WYBOISTA i MOŻLIWA, ALE TRUDNA

BUDOWA CHLEWNI, DROGA KRĘTA, WYBOISTA i MOŻLIWA, ALE TRUDNA
Materiał opublikowany w ostatnim Magazynie Hodowcy 3/2017 r.
http://www.wipasz.pl/akademia-wipasz/magazyn-hodowcy/

 

Drodzy Czytelnicy,

lubię prawo, ale ostatnio mam mniej cierpliwości do pewnej kategorii spraw. Są to sprawy administracyjne związane z budową budynków inwentarskich, w szczególności chlewni. Wydawałoby się że, wystarczy uzyskać decyzję środowiskową, warunki  zabudowy i pozwolenie na budowę i już można budować. Tyle w teorii, bo w praktyce różowo nie jest. Kiedy inwestor zgłosi w gminie chęć rozpoczęcia inwestycji, a organ poinformuje wszystkich dookoła, że „Ygregowski” będzie budował, koncert rozpoczęty, a artyści nie wiedzą kiedy ze sceny zejść. I gdyby chodziło wyłącznie o treść raportu oddziaływania na środowisko, to wszystko byłoby do udźwignięcia przez inwestora, bo można wiele rzeczy policzyć, sprawdzić, wykazać, przedstawić, czy wytłumaczyć.

W rzeczywistości jest inaczej, bo kiedy ludzie dowiadują się, że ma powstać chlewnia, popadają w dziwne stany aberracji. Zazwyczaj jest inspirator, który napędza działania pozostałych. Kiedy taki inspirator dochodzi do ściany tzn. dociera do niego, że po 3- 4 latach skutecznego blokowania inwestycji, pozycje uległy odwróceniu i inwestycja może jednak powstać, gotów jest zjeść kij od szczotki i stanąć na głowie, żeby jego było na wierzchu. Racjonalne argumenty nie docierają, moje musi być na wierzchu, bo ja tu rządzę.

Powody przeciwko inwestycji

Agri-Food Budowa chlewni
Agri-Food budowa chlewni (fot. www.flickr.com/photos/kevinsteinhardt)

I co w takiej sytuacji można zrobić? Odpowiedź prosta nie jest. Kiedy inspirator zatruje umysły sąsiadów, mieszkańców okolicznych miejscowości swoją ideą – inwestor zaczyna spierać się nie tylko z organem administracji, ale z tłumem. Każdy wie, jak tłum działa, tłumaczyć nie trzeba. Lista zarzutów dlaczego nie można budować jest długa: będzie śmierdziało, dojdzie do zatrucia wód gruntowych, muchy będą się lęgły, wzrośnie populacja gryzoni, drogi zostaną zniszczone, będzie głośno, wzrośnie zapylenie, wyginą pszczoły, truskawki i porzeczki będą śmierdziały gnojowicą, świnie nikomu nie są potrzebne, bo można kupić od sąsiadów z zagranicy, dzieci będą chorowały i przestaną rosnąć, nie będzie można otwierać drzwi i okien, trzeba będzie zamknąć piekarnię, bo pieczywo przesiąknie zapachem gnojowicy, gnojowica przedostanie się do lokalnej rzeki i ryby wyzdychają,  spadną ceny nieruchomości, nie po to kupiłem działkę pod miastem, żeby mieć obok chlewnię, niech się przeniesie do sąsiedniej gminy i tam buduje, dzieci będą wstydziły się w szkole, że mieszkają obok chlewni, zwierzęta będą cierpiały, spadnie poziom wód i będzie brakowało wody, nasza gmina nastawiona jest na turystykę, bo ma atrakcyjne walory przyrodnicze, ja tu uchwalę plan przestrzennego zagospodarowania, bo tu mają powstać osiedla domków jednorodzinnych oraz osiedla mieszkaniowe.  

Po takim koncercie, gdzie artystów było wielu – nawet wójt, burmistrz taki rolnik z dziada pradziada zaczyna zastanawiać się, co się stanie, jak wyda decyzję środowiskową, warunki zabudowy. I dociera do wójta, burmistrza, że kolejne wybory samorządowe mogą być przegrane. I właśnie w tym miejscu zaczynają się schody, bo prawo zostaje zaprzężone do brutalnej rozgrywki organu oraz oponentów inwestycji przeciwko inwestorowi.

Administracyjne sztuczki

Gama rozwiązań, które są używane jest szeroka: nieuprawnione poszerzanie kręgu stron postępowania, dopuszczanie do udziału organizacji społecznych nieposiadających doświadczenia, niedoręczanie pełnomocnikom korespondencji, wezwania do uzupełnienia raportu oddziaływania na środowisko, rozprawy administracyjne, artykuły prasowe w prasie lokalnej, programy interwencyjne emitowane w pasmach o wysokiej oglądalności, w telewizjach o zasięgu krajowym, dopuszczanie dowodów z opinii biegłych (które niewiele wspólnego mają z taką opinią i żaden szanujący się biegły nie chciałby złożyć podpisu pod takim gniotem), żeby wykazać, że raport jest wadliwy, składanie zaświadczeń lekarskich, których celem wykazanie jest, że inwestycja negatywnie wpłynie na zdrowie ludzi, opóźnianie wydawania decyzji, zawieszanie toczącego się postępowania z uwagi na przystąpienie do uchwalania planu przestrzennego zagospodarowania i wydawanie decyzji, które zawierają błędy, ignorowanie stanowisk RDOŚ i Sanepidu.

Oczywiście nie można być głuchym i ślepym na to, co mówi lokalna społeczność, ponieważ ma ona swoje racje. Przykre, ale prawdziwe, że widzą wile wad u innych, ale u siebie już nie. Kiedy w piecach palą  śmieci, tu już wtedy nie śmierdzi, nie trują środowiska, wszystko jest w najlepszym porządku. Kiedy własne fekalia wylewają na pole – to nie śmierdzi, a szambo, które jest na podwórku jest szczelne i sąsiadami nic do tego.

Rozumiem, że gdyby te chlewnie budowane były w środku miast, to część argumentów podnoszonych przez adwersarzy miałaby sens, ale kiedy mówimy o terenach wiejskich – to trudno jest to zrozumieć. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, ale skupię się wyłącznie na tych, które uważam za najistotniejsze.

Dlaczego budować nie można

Po pierwsze, tylko około 30 % gmin ma uchwalone plany przestrzennego zagospodarowania. Brak planów powoduje, że decyzja warunki zabudowy przesądza, o tym co i gdzie można budować. Taka sytuacja prowadzi do konfliktów, ponieważ tam gdzie kiedyś były tereny przeznaczone pod zabudowę przemysłową, czy pod produkcję rośliną lub zwierzęcą nasycają się zabudową jedno lub wielorodzinną, a to rodzi naturalne konflikty. Wójt, burmistrz nie mając uchwalonego miejscowego planu przestrzennego zagospodarowania ma silną pozycję, ponieważ od jego decyzji zależy co można będzie wybudować na terenie gminy. Po drugie, część mieszkańców miast przeprowadza się na wieś i oczekuje, że na wsi nie będzie czuć zapachów wsi. Te osoby mają stosunkowo dużą świadomość swoich praw, z których skutecznie korzystają. Przeprowadzając się z miasta, a nawet czasami wracając na ojcowiznę, zatracili zupełnie wrażliwość wsi. Po trzecie, przepisy prawa, a w szczególności ustawa z dnia 3 października 2008 r. o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko  – nie ułatwiają prowadzenia inwestycji w Polsce. W zupełnie nieuzasadniony sposób duża grupa osób uzyskała status strony w postępowaniu o wydanie decyzji środowiskowej. Stroną może być każdy na czyją nieruchomość oddziaływać będzie planowana inwestycja. Takie rozwiązanie miałoby sens, gdyby przepisy prawa wprowadzały odpłatność za udział w takim postępowaniu. Nawet niewielka odpłatność doprowadziłaby do eliminacji pieniaczy, pozostawiając wyłącznie osoby, które maja uzasadnione argumenty przemawiające p-ko inwestycji. Ponadto, aktualnie obowiązujące przepisy prawa administracyjnego i cywilnego nie pozwalają w szybki i skuteczny sposób pociągnąć do odpowiedzialności stron postępowania, tych stron, które protestują (wnoszą odwołania, skarżą decyzje, wnoszą skargi), a robią to nie mając żadnych merytorycznych argumentów. Blokują inwestycję, bo mają status strony i korzystają z tego prawa bardzo szeroko, a praktycznie nie ponoszą żadnych kosztów i konsekwencji swojego postępowania. W przypadku inwestora jest inaczej, bo już na początku musi ponieść duże nakłady na stworzenie dokumentacji i uzyskanie pozwoleń.  Po czwarte, raport oddziaływania na środowisko mimo, że jest dokumentem specjalistycznym w postępowaniu administracyjnym ma status dokumentu prywatnego. Taki stan rzeczy prowadzi do tego, że w łatwy sposób można go obalić, bo nie trzeba używać przeciwdowodu w postaci innego raportu oddziaływania na środowisko. Zakres raportu jest na tyle szeroki, że łatwo jest zarzucić, że nie analizuje wszystkich elementów, o których mowa w art. 66 ww. ustawy i następne. Uważam, że dla dobra postępowania administracyjnego, w przypadku gdy ktoś kwestionuje rzetelność raportu oddziaływania na środowisko, powinien przedstawić kontr-raport sporządzony przez osobę posiadając wiedzę z zakresu ochrony środowiska. Taki stan rzeczy ma daleko idące konsekwencje, ponieważ na etapie postępowania administracyjnego, Sąd (Wojewódzki Sąd Administracyjny, Naczelny Sąd Administracyjny) nie dokonują analizy raportu pod kątem merytorycznym, weryfikują raport pod kątem formalnym tzn. czy raport zwiera wszystkie elementy, o których mowa w ww. ustawie. Stawiając np. zarzut, że raport nie zwiera analizy wpływu planowanej inwestycji na okoliczną plantację truskawek i porzeczek, powoduje, że jeśli taka analiza nie został przeprowadzona – to raport z formalnego punktu widzenia jest niekompletny, co oznacza, że na etapie postępowania administracyjnego taka okoliczność zostanie wychwycona przez Sąd i w konsekwencji doprowadzi do uchylenia decyzji.  Po piąte, konsultacje w poziomie tj. z RDOŚ i Sanepidem. Wójt, burmistrz, jako organ pierwszej instancji ma prawo pomimo pozytywnych uzgodnień RDOŚ i Sanepid wydać odmowną decyzję o uwarunkowaniach środowiskowych. Sądy administracyjne tłumaczą taki stan rzeczy tym, że organ samodzielnie prowadzi postępowania i dokonuje oceny dowodów. W takich sytuacjach stawiam sobie pytanie, po co organ zasięga opinii RDOŚ i Sanepidu? Gdyby posiadał wiadomości specjalne w dziedzinach, w których wypowiada się RDOŚ i Sanepid – to nie występowałaby o uzgodnienie, tylko dokonałby ich sam. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby to, gdyby wójt, burmistrz był związany uzgodnieniami RDOŚ i Sanepidu. Z doświadczenia wynika, że uzgodnienia mają niewielką moc sprawczą, bo nawet w przypadku pozytywnych uzgodnień wójt, burmistrz wydaje taką decyzję, jaką uzna za właściwą w danej sytuacji. Po szóste, ping-pong (powracanie sprawy do ponownego rozpoznania po uchyleniu decyzji) pomiędzy organem pierwszej instancji (wójt, burmistrz) oraz Samorządowym Kolegium Odwoławczym, co powoduje, że sprawy trwają długo. Taka wymiana powinna mieć swoje granice, a organ, który po raz drugi wydaje decyzję z błędami lub nie wydaje decyzji, opóźnia się z wydaniem decyzji powinien ponosić konsekwencje swojego działania albo zaniechania.

Podsumowanie

Wiem, że to co napisałem nie napawa optymizmem, ale jest prawdziwe i oparte na doświadczeniach z konkretnych spraw[1]. Podejmując decyzję o budowie, warto zadać sobie trochę trudu, żeby sprawdzić kogo mamy za sąsiadów, czy w okolicy nie dojdzie do odrolnienia gruntów pod zabudowę mieszkaniową, czy ktoś bliski z rodziny organu mieszka w pobliżu planowanej inwestycji.

 

[1] WSA w Warszawie, sygn. akt IV SA/Wa 3478/15; NSA sygn. akt II OSK 2499/16; WSA w Bydgoszczy SAB/Bd 124; WSA w Łodzi sygn. akt II SA/Łd 551/17

Leave a Reply

Your email address will not be published.